O autorze
Tomek Wierzba
Bibliotekarz z Lublina. Prowadzę sesje od piętnastu lat, prawie wyłącznie dla jednej drużyny. Dwie osoby z tej drużyny znam z podstawówki i to jest jedyna rzecz, którą naprawdę osiągnąłem w erpegach.
Pierwszą sesję poprowadziłem w drugiej klasie liceum, w sali numer 14, po lekcjach, bo pani od biologii miała klucz i było jej wszystko jedno. Miałem podręcznik pożyczony od kolegi z równoległej klasy, cztery kostki i zeszyt w kratkę, w którym narysowałem loch. Loch był kwadratowy. Nie w sensie „miał kształt kwadratu”, tylko w sensie: każdy korytarz kończył się drzwiami, za każdymi drzwiami była komnata, w każdej komnacie coś czekało. Gracze weszli, obeszli go w czterdzieści minut i zapytali, co dalej.
Nie miałem pojęcia, co dalej. Powiedziałem, że przychodzi burmistrz. Skąd wziął się burmistrz w lochu — nie umiem wytłumaczyć do dziś. Ale sesja trwała jeszcze dwie godziny i wszyscy wyszli zadowoleni, więc coś w tym burmistrzu było.
Piętnaście lat później nadal prowadzę i nadal głównie improwizuję, tylko już wiem, dlaczego to działa i kiedy nie zadziała.
Drużyna
Prowadzę dla czterech osób. Skład jest stały od 2019 roku, a dwie osoby siedzą przy moim stole, z przerwami, od 2013.
Marek jest optymalizatorem. Przychodzi z postacią policzoną co do punktu i pierwsze pytanie zadaje o mechanikę, a nie o świat. Przez lata miałem do niego pretensje, że „nie odgrywa”. Potem zauważyłem, że optymalizuje pod scenę, a nie pod statystyki: buduje postać tak, żeby mieć powód wejść w konflikt, którego się boi. To jest odgrywanie. Po prostu wchodzi do niego od strony arkusza.
Ala gra od dwóch lat i nadal się boi, że coś zepsuje. Nauczyła mnie, że pytanie „co robisz?” zadane wprost, do niej, przy pełnym stole, to nie jest zaproszenie, tylko presja. Odkąd pytam ją pierwszą, zanim ktokolwiek zdąży zabłysnąć, gra dwa razy więcej.
Kuba gada. Gada dużo, gada dobrze, gada za wszystkich. To najtrudniejszy typ przy stole, bo nie robi nic złego — jest po prostu szybszy. Nauczyłem się nie uciszać go, tylko dawać innym pytania, na które on nie zna odpowiedzi.
Piotrek przychodzi zmęczony po zmianie i przez pierwszą godzinę milczy. Kiedyś to było dla mnie problemem. Dziś wiem, że po prostu potrzebuje godziny, i planuję pierwszą godzinę tak, żeby jej nie potrzebował.
Piszę o nich, bo cały ten blog jest właściwie o tym: przy stole nie siedzą klasy postaci, tylko ludzie, którzy przyszli po pracy i chcą, żeby było fajnie.
Skąd biblioteka
Pracuję w bibliotece publicznej. Katalogowanie, udostępnianie, od trzech lat także prowadzenie klubu gier dla nastolatków w czwartki. Wyszło z tego więcej doświadczenia niż z dekady prowadzenia dla znajomych: nastolatek, który przychodzi na sesję pierwszy raz, nie wie, że wolno mu zapytać. Nie wie, że wolno mu powiedzieć „nie chcę tej sceny”. Nie wie nawet, że wolno mu przegrać.
Bycie bibliotekarzem ma jeszcze jeden skutek uboczny, którego nie da się ukryć: czytam i cytuję. Kiedy piszę, że coś działa, staram się dopisać, skąd o tym wiem — czy z własnej sesji, czy z tekstu kogoś mądrzejszego. Jedno i drugie jest w porządku, ale to nie to samo i czytelnik ma prawo wiedzieć, co dostaje.
Czym gramy
Wszystkim, co wpadnie w ręce. Przez lata przeszliśmy przez kilkanaście systemów i nie mam ulubionego — mam ulubione narzędzia w poszczególnych systemach. Wolę mechaniki, które dają jasną odpowiedź „udało się / nie udało się, ale”, bo z nich najłatwiej buduje się scenę.
Na blogu ciągnie mnie w stronę polskich erpegów. Nie z patriotyzmu, tylko dlatego, że o nich prawie nikt nie pisze warsztatowo, a mają rozwiązania, które warto podkradać: sposób prowadzenia napięcia, zupełnie inne podejście do przemocy, świat, który zakłada, że gracz zna kontekst kulturowy bez tłumaczenia go na angielski.
Zasada, której się trzymam
Nazwy systemów padają tu opisowo, kiedy trzeba pokazać przykład mechaniki. Nie podszywam się pod żadnego wydawcę, nie używam ich znaków graficznych i nie opisuję ich chronionych stworów. Wszystko, co tu opisuję jako gotowe do użycia — tabele, NPC-e, haczyki, przygody — jest moje i możesz to postawić na swoim stole bez pytania mnie o zgodę.
Co leży za moim parawanem
| Rzecz | Po co |
|---|---|
| Kartka A5, złożona na pół | Lewa strona: imiona. Prawa: co się dziś wydarzyło. Nic więcej. |
| Lista dwudziestu imion | Żeby nie nazwać trzeciego strażnika „Bartek” po raz trzeci. |
| Cztery haczyki, których nie użyłem | Rezerwa na moment, gdy drużyna pójdzie w bok. Zawsze idzie. |
| Kostka k6 leżąca osobno | Kiedy nie wiem, rzucam. 1–2 gorzej, 3–4 tak sobie, 5–6 lepiej. Cała moja improwizacja mieści się w tej kostce. |
| Karteczka „X” | Leży na środku stołu. Każdy może ją dotknąć i scena się kończy bez tłumaczenia się. |
Kontakt
Piszcie na kontakt@kosciiolowek.pl. Odpisuję wolno, bo blog piszę wieczorami, ale odpisuję. Najchętniej czytam maile, które zaczynają się od „poprowadziłem i wyszło inaczej niż piszesz” — z tego wychodzą najlepsze teksty.